niedziela, 15 marca 2009

To, co tygrysy lubią najbardziej


Mało kto jest godnym, by pisać o miłości. A jeszcze mniej jest tych, którzy by potrafili to robić dobrze. Ja na pewno nie należę ani do szerszej, ani do węższej grupy. Choć miłość w sumie opisuje się sama. I jako jedyna powinna móc to robić. Bo w końcu nic nie jest w stanie wyrazić tego - ani za pomocą słów, ani dźwięków, ani obrazów. To jest coś wyższego, nieosiągalnego. Nieodtwarzalnego, a jedynie odczuwalnego. To jest właśnie ta potęga, której nie da się z niczym porównać.
Znaleźli się jednak śmiałkowie, którzy chcieli pisać o miłości. Na przestrzeni wieków pojawiali się różnego rodzaju i gatunku artyści, którzy chcąc albo wyrazić swą miłość, albo po prostu się z Nią zmierzyć, postawili sobie za cel stworzenie czegoś o takiej tematyce.
Ja spróbuję się zmierzyć z muzykami, jako, że to mój cel główny. W dobie komercjalizacji wiemy, że to jakże cudowne uczucie mieszane jest wręcz z rynsztokiem kiczu i ujemnych wartości. Każdy chce pisać o miłości, bo jest to strasznie chodliwy temat. Nie dość, że łatwo coś stworzyć, to w dodatku łatwo też to sprzedać. Podobno więc aż 75% piosenek jest właśnie o miłości. I jak tu ogarnąć taką liczbę? Nie jest łatwo.
Ja jednak postaram się wybrać te rodzynki, które szczególnie oddziałują właśnie na moje ucho. I serce. Po tym jakże stresującym dniu, które dosyć poszargało moją część ciała znajdującą się pod lewym płucem, te piosenki będą balsamem i kolejną porcją, może lekko złudnej, nadziei. I niech dla każdego zakochanego, szczęśliwie czy też nie, również takie będą. Bo jeśli artysta naprawdę włoży serce w piosenkę o miłości, to jest ona warta każdej sekundy słuchania. Moim zdaniem nie ma piękniejszego wyznania miłości, niż te śpiewane. I wish I could sing ... Dobrze chociaż, że mogę słuchać.
Ale zabierzmy się do wybierania; będę podawał pojedyncze tytuły - każdy, który się tu znajdzie, będzie na pewno warty przesłuchania, bez żadnych zbędnych opisów czy zachęcania. Muzyka się sama broni.

...
I właśnie...
Cholera. Przeglądając tak moją jakże długą playlistę pomyślałem - 'Oni wszyscy śpiewają o miłości. Albo o jej braku. Albo dać wszystkie, albo nic.' I nie dam praktycznie nic tym samym. Pozostaną tylko te utwory.

Westlife - You rise me up - o zgrozo, akurat właśnie teraz mi wpadł w ucho. Można to jeszcze uznać za boysbandowy kicz, ale ta piosenka ma coś w sobie. Szczególnie momenty ostatniego refrenu, razem z chórem. Zabieg jakże klasyczny, ale także bardzo udany w tymże przypadku.

I number one ostatnich dni - A song for you: Tu w wykonaniu tenora. Tak nieznanego, jak i świetnego. W oryginale wykonywana była przez Donnego Hathaway; a ostatnio trafiłem też na ciekawe wykorzystanie tego motywu w piosence hiphopowej Bizzy Bona o tym samym tytule. Wszystkie trzy wykonania szczerze polecam. Działają. Nie jest to jednak klasyczna piosenka o miłości. I może dlatego jest w niej siła. Każdy przeciętny słuchacz powinien się domyślić.

I jeden oddający wszystko. Pod każdym względem - piękny. James Blunt - You're beautiful

Co ten jeden bijący pod płucem narząd robi z całym człowiekiem. Zmarnowałem wpis, nie potrafię go napisać - a jednak chcę. Chcę go pozostawić w takim surowym stanie. Niech będzie dowodem. Na moją bezsilność twórczą właśnie dziś, właśnie teraz...

P.S. Blind Mary - Gnarls Barkley

[Blask of M<33]

1 komentarz:

  1. "Ani czas, ani mądrość nie zmieniają człowieka – bo odmienić istotę ludzką zdolna jest wyłącznie miłość. " P.C.
    #Donny rlz

    OdpowiedzUsuń