sobota, 14 marca 2009

Kings...


Muszę powiedzieć jedną rzecz - tworzenie tego wpisu ma dla mnie charakter czysto relaksacyjny i odprężający - tego właśnie mi dzisiaj potrzeba, w tak ciężkim, stresującym dniu. Dlatego nie będzie on ani długi, ani najwyższych lotów. Ma na celu tylko zasygnalizowanie istnienia zespołu, który choćby dzisiaj, jest dla mnie swoistym natchnieniem i wsparciem.
Zespół poznałem przypadkowo, ale dzięki nieprzypadkowej osobie, z którą pod względem muzycznym bardzo wiele mnie łączy. Początkowo byłem dosyć sceptycznie nastawiony do ich muzyki, gdyż zwyczajnie nie jestem wielkim fanem rocka alternatywnego. Z biegiem czasu jednak sama muzyka zaszczepiła we mnie niesamowitą sympatię, a potem wręcz uzależnienie, czyli podobnie, jak to się ma z moimi największymi idolami muzycznymi. O kim mowa?

Kings of Leon - zespół założony przez trzech braci i ich kuzyna, pochodzący z Tennessee, powstały w roku 2000. Mają już na swoim koncie, o zgrozo, 4 albumy. Dopiero ostatni jednak przyniósł im większą sławę i rozpoznawalność wśród szerszej części publiczności. Poprzednie trzy nie okazały się jakimiś wielkimi hitami kasowymi, niosły jednak ze sobą uznanie w światku muzycznym choćby u takich tuz, jak Radiohead, Bob Dylan czy Oasis. Koncertowali nawet z Dylanem i Pearl Jamem w latach 05-06. Ale co do ostatniego albumu - Only by the Night zapewnił zespołowi już rzeszę fanów na całym świecie. Moim zdaniem zasługa tu duża genialnego wręcz wokalu Caleba, ale cóż, ja zawsze głównie zwracam uwagę na wokal.

Sex on Fire, Use Somebody, Revelry i Closer. Trzy pierwsze to kolejne single z ostatniej płyty. Czwarty to rodzynek, w trochę innych klimatach niż pozostałe. Myślę, że te cztery kawałki powinny przekonać do tych chłopaków każdego sceptyka. A przynajmniej tych, którzy ich nie znają, a taka muzyka rusza. Wtedy może nabiorą podobnych chęci do mnie i ... będą chcieli pojechać na tegoroczny Open'er by podziwiać zespół na żywo. Otóż właśnie - Kings of Leon mają w tym roku uświetnić Open'er Festival, dając 5 lipca koncert, który zapewne poszerzy ich grono fanów w Polsce o znaczącą ilość nowych. Co prawda moja sytuacja materialna, tudzież portfelowa, może mi spędzić sen z oczu, jednak zawsze warto marzyć. Bo w końcu nie marzymy po to, by myśleć, że marzenie się nie spełni.

Cóż, nie czuję się jakoś specjalnie odprężony - szczególnie, że raz przez pomyłkę wyłączyłem w całości napisanego już posta i musiałem go pisać po raz drugi. Ale być może wystarczy mi dzisiaj dłuższy styk z Kings of Leon. Zabieram się więc do słuchania i Wam również serdecznie polecam.

[Blask of M<33]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz