
Jak ludzie sobie z tym radzą? Jak można pogodzić się z tym, że wszystko przychodzi z trudem? Szczególnie obserwując dzień w dzień przykłady innych, którym szczęście przychodzi od ręki. Ja, patrząc na to, mam nieustanną potrzebę narzekania i użalania się nad własnym losem. A wiem, że wielu ma gorzej niż ja, z wielu, czasem bardzo znaczących względów. I zachodzę w głowę - skąd oni biorą siłę, by iść na przód? A gdy co jakiś czas spotykam ich - budzą wtedy mój ogromny podziw i sympatię. Ja muszę jeszcze sporo nad sobą pracować, by bez zgrzytania i żalu przyjąć los jakim jest i stawić mu czoła. Ostatnio bywało z tym ciężko. Boże dopomóż, oby teraz było już tylko lepiej.
W trudnych chwilach muzyka jest czasem jedynym ukojeniem. I na szczęście, paru specjalistów od muzycznego pocieszenia znam, i z chęcią się nimi podzielę:
The Fray - absolutnie mój zespół numer 1. w tym momencie. Nie mogę uwierzyć, że kiedyś podchodziłem do nich sceptycznie. Bardzo dobra muzyka, genialny wokal, pełno emocji i prawda płynąca z każdej linijki. Cała płyta, której jestem szczęśliwym posiadaczem, jest świetna, ale jak zawszę wyróżnię: Happiness, How to save a life, You found me - wszystko w wersji live/acoustic, bo tak lubię (choć studyjne oczywiście też są wspaniałe). Moim cichym faworytem jest także Say when, ale to raczej dawało mi kopa, aniżeli wsparcie.
Poluzjanci - mój zespół numer 1. w Polsce, ogółem numer 2. Już od pierwszego razu, gdy usłyszałem wokal Kuby Badacha wiedziałem, że nie przejdę obok niego nigdy obojętnie. Nie myślałem jednak, że po dokładniejszym wsłuchaniu nie będę mógł się od tego oderwać. Do tego dochodzi niesamowita paczka muzyków z tak ogromnymi zdolnościami, że jestem absolutnie pewien, że obecnie nikt w Polsce nie tworzy lepszej technicznie muzyki - nikt, o kim można usłyszeć w mediach. I tu nie chodzi o popkulturę, bo o samych Poluzjantach też nie tak często się pisze, ale o tych chociaż, których płytę można dostać w empiku. Co do piosenek - obie płyty są znakomite i dużo by można wymieniać piosenek wartych przesłuchania, ale w kontekście podnoszących na duchu zasmuconego człowieka te akurat zostawiają konkurencję w tyle: Najpiękniejsi, Po co Ci to?, W dół, Urodzinowa piosenka. Dla prawdziwych koneserów reszta - długo pracowali sobie u mnie na renomę, ale teraz mają już niezachwianą pozycję w moim muzycznym sercu.
Adele - ostatnio radzi sobie znakomicie, nikt jej nikomu polecać nie musi. Chcę ją po prostu wyróżnić. Pierwsza, swoją drogą bardzo dobra, płyta nie odbiła się tak szerokim echem w świecie muzyki i światka popkultury, choć na pewno Adele wtedy mocno zaznaczyła swoje istnienie na rynku. Teraz jednak nie może narzekać na brak zainteresowania, bo swoją autentycznością, talentem i wyjątkową urodą przebiła popularnością takie produkty jak Rihanna, Lady Gaga czy inne tego typu taneczne wynalazki. Zrobiła furorę na świecie, a ostatnio także na mojej liście odsłuchań. Rolling in the deep znane jest wszystkim, ja wyróżnię Turning tables, Someone like you i moją osobistą faworytkę He won't go. Wyjątkowa kobieta.
Teraz bez wyróżniania artystów, tylko wskazując na utwory. Nie jest to jednak kwestia niedoceniania ich wartości, tylko podkreślenia znaczenia w danym kontekście tych pojedynczych piosenek, które wspaniale prowadziły mnie przez ostatnie parę tygodni. Oto lista: David Cook - Come back to me, Amy Winehouse - Back to black, Paramore - The only exception i Ben Harper - Amen Omen.
Bardzo ważne jednak, by pamiętać, że muzyka, pomimo tego jak wspaniałym narzędziem do tego jest, nigdy nie zastąpi wsparcia w trudnych chwilach ze strony ukochanej osoby. I wszystkim życzę by mogli tego doświadczyć.
Ja sam mogę tylko cieszyć się, że takiego zaszczytu mogę dostąpić. Dzięki temu wiem, że nie mam tak źle.
Niezmiennie od dwóch lat - za niegasnący blask of M - bardzo dziękuję M ;*
(p.s. do tego na górze - nawet jeśli wiem, że nie mam tak źle, to nie znaczy, że nie może być lepiej, prawda? Tak więc trzymam kciuki ;) )






